Wbrew rozsądkowi

Po zeszłorocznych wakacjach w Finlandii wypad do Szwecji był tylko kwestią czasu. Wydaje mi się zresztą, że pomysł padł jeszcze podczas fińskich wojaży, a ostatnio jakoś tak się szczęśliwie składa, że od pomysłu do jego realizacji upływa dokładnie tyle dni, ile wynika z kalendarza gregoriańskiego oraz FIA. Inna sprawa, że sam rajd powoli staje się pretekstem do ruszenia się w jakieś nowe miejsce. O ile wcześniej jeździliśmy po prostu tam, gdzie była impreza, to teraz zaczynamy szukać rajdów w miejscach, które chcemy odwiedzić. Nie uwierzylibyście w jakich miejscach odbywają się rajdy… Arigatō FIA za Rajd Japonii, bo do Walii nam się nie spieszy. Po co jechać jesienią w miejsce, gdzie jesień jest jeszcze jesieńsza? Oczywiście zimą do Szwecji to zupełnie co innego!

Rozważania natury ogólnej

Jeżdżąc na rajdy nie mamy w zwyczaju jakoś się specjalnie przygotowywać. Ot, sprawny samochód, pełny bak, suchy prowiant i w drogę. Taaa… ściślej rzecz ujmując wygląda to następująco: samochód naprawiony tuż przed wyjazdem (zawsze coś trzeba zrobić: przed Finlandią przewody paliwowe, a przed Szwecją hamulcowe), bak napełniony w sam raz (od przedostatniej naprawy trochę strach lać pod korek), kabanosy, paluszki i coś do picia (zazwyczaj parę litrów, żeby nie szukać na obczyźnie). Przed wyjazdem do Szwecji zaopatrzyliśmy się dodatkowo w bieliznę termiczną, ciepłe rękawiczki, wełniane skarpety narciarskie, buty z membraną i dupoloty. Wszystko się przydało. Jeszcze bardziej przydał się Revolut, bez którego pogubilibyśmy się w tych wszystkich koronach, a na dodatek wrócilibyśmy z portfelami pełnymi drobnych. Nie zdarzyło nam się, żeby nie dało się nim zapłacić, chociaż niektóre automatyczna stacje paliw robiły sobie blokadę na koncie zanim rozliczyły faktyczną sprzedaż. Za pierwszym razem wzięliśmy to na poważnie i niemal zeszliśmy na zawał. Na poważnie wzięliśmy ze sobą też deski snowboardowe, tylko, na litość boską, po co? Zdecydowanie nie bierzcie desek snowboardowych na Rajd Szwecji. Szczególnie gdy nieubłaganie nadciąga odwilż. Nie wzięliśmy za to kilku rzeczy, które powinniśmy zabrać, ale jakoś nie przyszło nam to do głowy. Być może najważniejszą z nich jest piła łańcuchowa lub przynajmniej spora siekiera. Mogliśmy zabrać do kompletu jakieś przebrania narodowe, np. strój cebuli albo papieża. Przydałby się też grill do transportu drewna i pożywienia zintegrowany z sankami. I składane plecakokrzesełka pokryte skórą renifera. Po prostu podstawy.

Od zeszłego roku jedną z rzeczy, bez których nie ruszamy się na żaden wyjazd stał się bilet na prom. Na Korsykę bo samolot kosztuje jak podróż na księżyc, do Finlandii bo przez Rosję to paszport, wiza i niespodzianki, a do Szwecji bo po co jechać kilkanaście godzin, skoro można płynąć. Obawiam się trochę o Rajd Japonii, bo zapewne polecimy tam samolotem. Co będzie jeśli równie szybko przywykniemy do latania? Transport lotniczy Pajero może okazać się kosztowny…

Nie ma fal, nie ma fal…

Nie uprzedzając jednak wydarzeń pozachwalam trochę podróżowanie promami. Podróżowaliśmy już dość sporo promami. Podróżowanie promami nie ma wad. W przeciwieństwie do samolotu. Może dla urozmaicenia krótka analiza porównawcza tych środków transportu.

Prom: przyjeżdżasz do portu swoim samochodem, podróżujesz razem ze swoim samochodem, zjeżdżasz na ląd swoim samochodem. W międzyczasie (w zależności od czasu podróży) jesz, pijesz, wychodzisz na zewnątrz na papierosa, chodzisz po sklepach, oglądasz telewizję, bawisz się z dziećmi (jeśli akurat posiadasz, bo niby po co bawić się z cudzymi), słuchasz występów na żywo, opalasz się na pokładzie (może niekoniecznie płynąc zimą do Szwecji), śpisz na koji, bierzesz prysznic, znowu coś jesz, no i może jeszcze jedno piwko.

Samolot: przyjeżdżasz na lotnisko swoim samochodem, płacisz za parking, podróżujesz razem ze swoim bagażem podręcznym, schodzisz na ląd na swoich nogach, wynajmujesz jakieś gówno w automacie. W międzyczasie (niezależnie od czasu podróży) jesz, pijesz, chodzisz do kibla, oglądasz telewizję, masz dość nudzących się dzieci (niezależnie czy swoich, czy cudzych), wiercisz się na fotelu, wszystko Cię boli, nie chcesz już ani jeść, ani pić, chcesz już po prostu wyjść z tego cholernego Ikarusa.

Szczerze mówiąc nigdy nie latałem, ale tak to sobie wyobrażam. W każdym razie podróż z Gdańska do Nynäshamn trwała 18 godzin (od 18:00 do 12:00) i była strzałem w dziesiątkę.

Sztokholm, a potem long way home

Wypoczęci zjechaliśmy na szwedzką ziemię, poczuliśmy w sobie nagłe wezbranie uczuć rewanżystycznych i skandując „Żarnów pamiętamy” wjechaliśmy do Sztokholmu. Kilka godzin spędzonych w stolicy trzech koron okazało się całkiem przyjemne. Dziwna, ale urozmaicona architektura, trochę starej zabudowy, rzeźby będące przeciwieństwem socrealistycznych przodowników pracy i nie przedstawiające nic konkretnego (sam nie wiem co lepsze) oraz infrastruktura drogowa, jakiej nie widzieliśmy nigdzie indziej. Wyglądało to trochę tak, jakby jej projektanci chcieli udowodnić, że niemożliwe nie istnieje. Biurowiec na drodze? Nie ma problemu, kopiemy tunel pod nim albo lecimy na wylot. Tu miało być w prawo? Nie ma sprawy, robimy estakadę nad dwupasem i wbijamy się w ten deptak. Tramwaj też się zmieści. Albo dołem go i zmienić nazwę na metro. Tak to sobie wyobrażam.

Ze Sztokholmu mieliśmy jeszcze niecałe 400 kilometrów i mimo młodej, wieczorowej pory (w zasadzie późnopopołudniowej) były to długie, samotne i nudne kilometry. To, że na szwedzkich drogach nie giną ludzie jest ostatecznym dowodem na to, że z nudów nie da się umrzeć. W przeciwnym razie taka droga E18 ze Sztokholmu do Oslo byłaby kilkusetkilometrowym czarnym punktem. Zdecydowanie wolę polskie krajówki (chociaż tych prawdziwych krajówek z szerokim poboczem już prawie nie ma), gdzie nuda dopada człowieka w najlepszym razie w korku. Pod względem emocji, które dostarcza poruszanie się po głównych drogach Szwecja dostaje -2 (słownie: minus dwa) punkty, a niekwestionowanym liderem pozostają Włochy. Pozostaje jeszcze obalić mit o obyczajach drogowych panujących w Szwecji… oczywiście za dnia, bo w nocy to wiadomo. Przed wyjazdem czytałem o bezwzględnym przestrzeganiu przez Szwedów wszelkich przepisów, o tym, jakoby wyprzedzanie czegokolwiek było tam w złym guście i o innych historiach mrożących krew w żyłach. Otóż bzdura. Szwedzi jeżdżą podobnie do Niemców: jak można to grzeją, jak trzeba to zwalniają (głównie przed fotoradarami), a jak się tylko da to wyprzedzają.

Dużo ciekawiej od samej drogi ze Sztokholmu do Årjäng przedstawiał się dojazd do miejsca docelowego według wskazówek udzielanych telefonicznie przez naszą gospodynię: kilka kilometrów za Årjäng będziecie mijali tablicę Woksjonk i tam będzie taka czerwona stodoła to przy niej w prawo i kilkadziesiąt metrów i po lewej do końca drogi. Problem polegał na tym, że kilka to niezbyt określona ilość, Woksjonk zupełnie nie pamiętam jak się pisze, ale dla porównania Årjäng czyta się Orjenk więc macie jako takie pojęcie, a na dodatek co najmniej 90% stodół w Szwecji jest czerwonych. Na koniec puenta: trafiliśmy jak po sznurku, którego kłębkiem okazał się uroczy (tak, wiem jak to brzmi) domek, w którym było wszystko co potrzebne: łóżka, kuchenka, łazienka, ciepło i internety. To wszystko za niecałe 40 złotych za osobodobę. Tak, tyle kosztował nas nocleg w tej drogiej Szwecji. Szwedzka drożyzna to zresztą kolejny mit: ceny wielu produktów nie odbiegają znacząco od polskich, szczególnie jeśli kupuje się większe opakowania (np. 0,5 kg masła lub 1,5 l mleka). Bez problemu da się przeżyć, szczególnie jeśli posiłki przygotowuje się we własnym zakresie.

Värmland i mniej ciekawe miejsca

Pierwszy poranek w Värmlandzie powitał nas piękną pogodą i lekkim mrozem. Zrobiliśmy lokalny rekonesans i odkryliśmy, że powietrze może nie ważyć, a oddychanie nie musi być wysiłkiem fizycznym. Cóż, być może wyjeżdżając w środku zimy z Katowic należało się tego spodziewać, ale nie spodziewaliśmy się aż tak odczuwalnej różnicy. Wzięliśmy głęboki oddech i w okolicy znaleźliśmy między innymi Glaskogens Naturreservat http://www.glaskogen.se/ i Oslo. Rezerwat był trochę bliżej. 28000 hektarów, setki kilometrów szlaków pieszych, rowerowych, wodnych, łosie, wilki i niedźwiedzie. Brzmi nieźle, mieliśmy nadzieję na dłuższy spacer, może jakieś ślady na śniegu, ogólnie natura i suchy prowiant. Na początek zauroczyła nas droga prowadząca do rezerwatu, która była kilkunastokilometrowym zaśnieżonym odcinkiem specjalnym. Coś pięknego. Niestety była to jedyna atrakcja, bo w okresie zimowym o rezerwacie nikt nie pamięta i chociaż próbowaliśmy kawałek się przejść, to zapadanie się po kolana w śniegu i bliżej nieokreślony kierunek marszu szybko nas zniechęciły. Obiecaliśmy sobie za to, że wrócimy tam jeszcze kiedyś latem. Jak już zaliczymy wszystkie rundy WRC oczywiście. Z rozmów odbytych podczas rajdu dowiedzieliśmy się też, że Värmland to taki odpowiednik Śląska Cieszyńskiego. Cały czas jakieś rajdy, non stop ktoś upala i ogólnie co drugi mieszkaniec ma w garażu rajdówkę.

Następnego dnia zaplanowaliśmy wycieczkę do Oslo, ale nie będziemy się o niej rozpisywać, bo w Oslo nam się nie podobało. Architektoniczny nieład, co przecznicę jakaś budowa, tysiące samochodów elektrycznych przez co człowiek czuje się jak na gali Forbesa w garniturze po starszym bracie, parking z prostym przelicznikiem 1 zł / minutę, miliony kamer… ogólnie jesteśmy na nie, może innym razem. Fajny był ratusz, chyba rywalizowali ze Sztokholmem o to, kto zrealizuje bardziej nieprzystępny i skuteczniej odgradzający od obywatela projekt. Szwedzi mają chyba trochę racji nabijając się z Norwegów, że ci kij połknęli. Bo oczywiście między tymi narodami (jak to między sąsiadami) bywa wesoło. Norwegowie traktują Szwedów z góry, a Szwedzi śmieją się, że jak Norwegowie idą świętować to zamiast napić się przy ognisku to siadają w kółku i przyglądają się na siebie przy elektrycznym grillu.

No to rajd

Wycieczki wycieczkami, a przecież głównym celem naszego wyjazdu był rajd. I to nie byle jaki, bo jedyny zimowy w całym kalendarzu. Ostatni zimowy rajd, na którym byliśmy to Lotos w 2012 roku, więc zacieraliśmy ręce na prawdziwy warun, szwedzki kolec i śnieg trzaskający pod butami. Cóż, pod względem warunków atmosferycznych, tegoroczny Rajd Szwecji nie różnił się zbytnio od tamtego Rajdu Lotos. Na szczęście śniegu napadało wcześniej na tyle dużo, że pewnie w dalszym ciągu się topi, ale 8 stopni na plusie i padający sporadycznie deszcz ciężko nazwać typową skandynawską aurą zimową. Szwedom było zresztą z tego powodu bardzo przykro i kilka razy przepraszali nas za tak fatalną pogodę, chociaż w sumie to nie narzekaliśmy jakoś przesadnie. Narzekaliśmy trochę na odległość, jaką mieliśmy do pokonania codziennie na odcinki specjalne: 133 km to jednak dość sporo. Szczególnie jeśli okazuje się, że w takiej Norwegii utrzymanie dróg zimą polega w najlepszym razie na odsunięciu zwałów śniegu na pobocze, a przez noc drogę skuł lód i średnia prędkość spada do 50 km/h. Nocleg był sam w sobie fenomenalny, ale następnym razem bierzemy domki na polu campingowym w okolicach Torsby i śpimy co najmniej o 2 godziny dłużej, a przy okazji uczestniczymy w rajdowych imprezach, których nam trochę brakowało.

Gdy już pokonaliśmy rzeczone 133 km (poważnie, 3 dni z rzędu nawigacja pokazała tą samą odległość) to przeważnie od samochodu do odcinka specjalnego dzieliły nas mniej więcej 4 km. Raczej więcej niż mniej. Nie dlatego, że drogi polskim zwyczajem były zablokowane w idiotycznych miejscach, po prostu taka długa była kolejka zaparkowanych samochodów. Ok, raz droga faktycznie była zablokowana w kretyńskim miejscu przez osoby kontrolujące i sprzedające bilety. Czynności były wykonywane w takim tempie, że mnóstwo osób ze stojących w kolejce samochodów (w tym my) było przekonanych, że czas wysiadać i dalej liczyć już tylko na swoje nogi. Niestety, po kilkuset metrach okazało się, że tuż za punktem kontroli biletów droga była pusta przez kolejne 3 km. Niefajnie. Oni też wiedzieli, że niefajnie, ale „ojciec kazali” więc nic nie dało się zrobić. Na szczęście ostatni kilometr pokonaliśmy na przyczepce ciągniętej przez quada, co osłodziło dzieciakom trudy marszu. Ogólnie za każdym razem spóźnialiśmy się na czołówkę, a wiedzcie, że wyjeżdżając o poranku staraliśmy się być na odcinku jakąś godzinę przed startem. Niestety, w Szwecji zapas powinien wynosić co najmniej 2 godziny, które można później spożytkować na uwicie sobie gniazda przy odcinku specjalnym. Tak robi właśnie 99% kibiców i nikt nie kombinuje z przenoszeniem się z odcinka na odcinek. Przyjeżdżają wcześnie, zajmują sobie odpowiednie miejsce, rozpalają ognisko i zaczynają konsumpcję. Ognisk jest tyle, że gdy pierwszego dnia szliśmy delikatnym zboczem, z którego widać było w dole odcinek specjalny, dolinę spowijał dym. Od razu poczuliśmy się jak w domu. Sami nie chcieliśmy odstawać, więc pozbieraliśmy trochę patyków (nie jest to łatwe w zaśnieżonym lesie), oskubaliśmy brzozę z kory i zabraliśmy się za własne ognisko. Szło nam jako tako, ale dość szybko pomógł nam obserwujący nasze starania Szwed. Dorzucił trochę brzozy, dzięki czemu nasze powiedzmy suche drewno miało szansę się zająć czymś bardziej kalorycznym niż produkcją dymu. To nie był zresztą jedyny raz, kiedy spotkaliśmy się z bezinteresowną pomocą ze strony nieznanych nam osób. Następnego dnia chłopcy dostali ocieplacze do butów… być może dlatego, że ich obuwie suszyliśmy nad ogniskiem. Tym razem płonącym już dzięki przyniesionym na własnych plecach brzózkom pociętym na użytki. Dość spore było nasze zdziwienie gdy okazało się, że miejscowi kibice bez skrępowania odpalali piły łańcuchowe i ścinali co suszej wyglądające drzewa. Podobno nie wolno, ale na rajdzie panują inne prawa i nawet krowa z tygrysem mogą sobie spokojnie siekierkami oprawiać sosenkę pojąc się przy tym napojami wysokoprocentowymi. Kto się nimi zresztą nie poił… polskie rajdy to przy szwedzkich niemal zlot abstynentów. Do tego dochodzą fajerwerki odpalane w biały dzień, których oczywiście nie widać, ale kto by się przejmował szczegółami, napisy motywujące załogi wykonane sprajem na śniegu, co w sumie jest niezłym rozwiązaniem, chociaż chciałbym zobaczyć je po roztopach i koparki śledzące załogi poruszające się po odcinku specjalnym w Torsby. Rajd Szwecji w ogóle przypomina trzydniową imprezę, trwająca do późnych godzin wieczornych nawet w parku serwisowym. Dość spory kontrast do stereotypowego wizerunku Szwecji. To wszystko za jedyne 750 koron szwedzkich (ok. 300 złotych)… ale wraz z karnetem dostajemy przynajmniej solidną mapę i obszerny informator, a przy wcześniejszym zamówieniu przez internet nawet oficjalną czapkę. Porównując z Rajdem Finlandii to niemal okazja!

Żeby nie było tylko o atmosferze, to same odcinki specjalne charakterem przypominają trochę Finlandię, oczywiście pomijając porę roku… i szerokość dróg, ale to akurat zaleta. Czyli właściwie niespecjalnie przypominają Finlandię. Mogłyby przypominać Magurski, ale w Szwecji jest zakaz organizowania jakichkolwiek rajdów asfaltowych, oczywiście w imię bezpieczeństwa (nie wiem tylko czyjego). Kibicować można w zasadzie wszędzie, a taśma traktowana jest raczej jako pomoc dla załóg, które w jednolicie białym krajobrazie mają problem ze znalezieniem drogi. Może się zdarzyć. Dość ciekawie było obserwować bardzo różne podejście załóg do jazdy po śniegu. Gdyby doszukiwać się jakichkolwiek reguł, to młodsi kierowcy (np. Lappi albo Rovanperä) szukali czystej, płynnej linii przejazdu. Starsi (np. Loeb) szli dużo bardziej agresywnie, szeroko, zamiatając gdzie się da. Nawiasem mówiąc, Loeb pasuje do Hyundaia jak kwiatek do kożucha. Widać, że facet wciąż wie jak się jeździ, a jego dodatkową siłą jest to, że nie musi nikomu nic udowadniać, ale ta zmiana samochodu przypomina trochę kryzys wieku średniego. Schumacher pewnie też mógłby coś na ten temat powiedzieć. Dziwne było też dmuchanie przez promotora WRC balonika pod tytułem „Loeb vs Grönholm”. Fajnie, że Markus zrobił sobie prezent, ale niczego mu nie ujmując, na nawiązanie walki z Loebem nie miał szans. On sam pewnie miałby więcej frajdy wsiadając do jakiegoś historyka, niż zwiedzając pobocza Yarisem. Petter chyba najlepiej pokazał jak powinno się to robić wyciskając siódme poty ze swojego Escorta. Ogólnie bardzo dobrze oglądało się klasyki, które na śniegu robiły świetną robotę. Zresztą, gdzie klasyki nie robią świetnej roboty? Lepsze stare R5 od nowego R5.

I po rajdzie

Trochę szkoda, że rajdu nie udało się obejrzeć w prawdziwie zimowej scenerii, chociaż z drugiej strony (globu) Kanada stara się o rajd zimowy, więc nie ma tego złego, co by na kolejną wyprawę nie wyszło. Brak zimy odbił się też troszeczkę na naszym pobycie: nie udało nam się pojeździć po zamarzniętych jeziorach (widzieliśmy po drodze kilka przygotowanych tras) ani pojeździć na snowboardzie (pewnie i tak nie dalibyśmy rady, ale zawsze można się oszukiwać). Jak to zwykle bywa wyjeżdżając w naszym stylu, kilka rzeczy moglibyśmy zrobić lepiej, na przykład zostać na jedną noc w Sztokholmie i pochodzić śladami Martina Becka, nie jechać do Oslo i nie szukać śladów Harry’ego Hole, domyślić się, że prom z Kopenhagi do Świnojścia wypływa tak naprawdę z Ystad (przecież to proste…) i oczywiście nie zabierać desek snowboardowych. I zapłacić co prawda 2 razy drożej za nocleg, ale mieć 5 razy bliżej na odcinki specjalne. Z kolei inne rzeczy mogliśmy zrobić zdecydowanie gorzej, czyli pojechać do Szwecji na kołach, spędzić dwa dni w Oslo lub kupić sobie puszeczkę surströmming i otworzyć ją w naszym uroczym domku. Cóż, podobno nikt nie jest doskonały. My na pewno nie jesteśmy.

Kolejny dłuższy wyjazd zaplanowaliśmy na wrzesień i dla ułatwienia dodamy, że nie chodzi o Rajd Wisły. Po raz kolejny nie obędzie się bez promu, chociaż nie odegra on tak prominentnej (czy te wyrazy mają wspólny źródłosłów?) roli. I będziemy potrzebowali paszportów. Czyli gdzie się widzimy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *