Punkt odniesienia

Długo zastanawiałem się, od czego rozpocząć relację z Rallye Monte Carlo. Chronologicznie od 19 godzin podróży przez austriacko-niemieckie zawieje i zamiecie śnieżne, szwajcarskie, zamarznięte na kość alpejskie pejzaże, włoskie palmy odległe od nich zaledwie o kilkanaście kilometrów i francuskie połączenie tych sprzeczności? Nostalgicznie od wspomnienia, że pokonując tą trasę czułem się trochę jak uczestnik zlotu gwiaździstego sprzed dziesięcioleci? Może patetycznie od podążania za marzeniami? Nic z tego. W tym rajdzie nie ma miejsca na nostalgię ani patos, chociaż drzemią w nim pierwotne żywioły. Dlatego niezłym początkiem będzie parafraza Gombrowicza: kto nie był na Rallye Monte Carlo ten trąba!

Opowiadając o różnych rzeczach lub wydarzeniach, dobrze jest mieć jakiś punkt odniesienia. Jeśli się go nie posiada, warto stonować nieco swoją wypowiedź choćby na wypadek posiadania go przez naszego rozmówcę. Uświadomiłem to sobie na drugim, nocnym odcinku tegorocznego Monte Carlo. Dotarcie do niego było przeżyciem, które (być może niestety) na zawsze wpłynie na moje postrzeganie rajdów. Nie wiem, czy idąc na któryś odcinek specjalny będę jeszcze w stanie poczuć równie intensywny dreszcz emocji. Może się okazać, że zabraknie kilku tysięcy kibiców, kilkuset ognisk i kilkudziesięciu decybeli, by zbliżyć się do atmosfery, która w pewnym sensie kojarzyła mi się ze zburzeniem Bastylii. Poza rajdówkami, musiało tam wyglądać i brzmieć podobnie. Ogień, dym, krzyki i ludzka gromada, którą połączył jeden cel. Nie wiem też, czy po trzynastym odcinku specjalnym, który oglądałem z wysokości kilkuset metrów po kilkudziesięciometrowej wspinaczce, uwierzę w czyjeś zapewnienia o fantastycznej „miejscówce na oglądarę”. Wcześniej dobrze wspominałem niemieckie winnice, spadanie do Lubomierza, Fiesty na Imprezie nad strumieniem. Dzisiaj widzę setki kibiców na stromym zboczu góry żywo i bezlitośnie reagujących na pojedynek kierowców z ciasnymi nawrotami w styczniowym słońcu. Mam nowe punkty odniesienia i szczerze mówiąc… mam nadzieję, że szybko mi przejdzie. 

Co do wyników, chętnie popadłbym w hura-optymizm i ogłosił wielki powrót Toyoty oraz fenomenalne wejście w sezon M-Sportu. Niestety obawiam się, że na to jest jeszcze za wcześnie i to co najmniej o 2 miesiące. Bardzo cieszy mnie 2. miejsce Jariego-Mattiego Latvali, ale czy naprawdę jest miarodajne? Czy w jego przypadku w ogóle można mówić o miarodajności? Właściwie bardziej cieszyło mnie początkowe tempo Juho Hänninena, którego niektórzy raczyli pomijać w jakichkolwiek spekulacjach dotyczących wyniku. Chciałbym, żeby utarł nosa niedowiarkom, a jednocześnie czekam na to, co pokaże Lappi. M-Sport z kolei na pewno ma powody do radości, szczególnie, że atmosfera w zespole i wokół niego wygląda świeżo i energetycznie (także na strefie serwisowej, gdzie jako jedyni z wielkich nie zakryli się po czubek nosa). Jeszcze jesienią mówiło się o tym, że wszystkie nowe specyfikacje już od dawna jeżdżą, a Fiesty brak. Tymczasem jedna z jeżdżących trafiła na korporacyjne wysypisko śmieci, a reszta musiała obejść się smakiem. Mam wrażenie, że najbardziej boleśnie odczuł to Hyundai, na którego zwycięstwo zresztą stawiałem w Monte Carlo. Ekipa nie żałuje pieniędzy, od momentu powrotu do Mistrzostw Świata zbudowała już 3 samochody WRC, jako jedyna zainwestowała w 3 załogi i… musi przełknąć pigułkę z literką M. Nie jestem pewien czy pomoże na kaca, bo Thierry Neuville jest w zerojedynkowej formie sprzed roku, Dani Sordo zaczyna mi przypominać Madsa Ostberga (może nawet Martina Prokopa), a Haydenowi bardzo mocno kibicuję, ale z drugiej strony niczego konkretnego po nim nie oczekuję. Boję się natomiast, że tracąc konkurenta w postaci Volkswagena, w razie kolejnych porażek Hyundai pójdzie w jego ślady i to w równie przyspieszonym tempie.

Nie muszę dodawać, że Rallye Monte Carlo jest w tej chwili moim absolutnym numerem jeden.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *