Pierwsze kötty za puotty

Wyjazd na Rajd Finlandii powinien być dla każdego kibica rajdów samochodowych tym, czym pielgrzymka do Mekki dla muzułmanów – jednym z pięciu filarów wiary. Drugim nazwałbym dzisiaj wyjazd na Rajd Monte Carlo. Jako ekipa machamy.pl mieliśmy szczęście zaliczyć obydwa rajdy, dzięki czemu nasza rajdowa wiara wydaje się być w miarę stabilna. Jednak o ile wyjazd do Francji nie wiąże się z większymi wyzwaniami, to przygotowanie się sensownie na Finlandię w trybie biwakowym (a z uwagi na budżet inny tryb nie wchodził w rachubę, poza tym to najlepsza forma wypoczynku) stanowi nieco większe przedsięwzięcie.

Przygotowania

Tradycyjnie naszym środkiem transportu było 29-letnie Mitsubishi Pajero, które musiało pomieścić 6 osób, bagaże, namioty, materace, śpiwory, krzesełka i inne, mniej lub bardziej niezbędne pod namiotami przedmioty . Tym razem wyjazd postanowiliśmy wydłużyć do 2 tygodni, co było strzałem w dziesiątkę, ale wymagało zabrania ze sobą większej ilości bagażu oraz prowiantu przewidzianego na biwak. Od początku było jasne, że nie zmieścimy się w środku. Już nasze wcześniejsze tygodniowe wyjazdy na kwatery do Katalonii i na Korsykę wiązały się z koniecznością czasowej amputacji nóg w stawach biodrowych w celu zmieszczenia wszystkich bagaży. Z niezliczoną ilością toreb, plecaków i reklamówek wyglądaliśmy jak niepełnosprawni członkowie taboru cygańskiego, w dodatku o podejrzanie jasnej karnacji. Nic przyjemnego. Dlatego przed Finlandią nasz środek transportu przeszedł kilka modyfikacji.

1. Wzmocnione sprężyny tylnego zawieszenia. Zakupione w sklepie e-pajero.pl (nie reklama, a skrót w razie poszukiwań), założone kilka dni przed wyjazdem przez niezawodny katowicki amoserwis.pl (też nie reklama, a przyjacielskie polecenie). Sprawdziły się świetnie, w trakcie podróży nareszcie nie wysyłaliśmy sygnałów świetlnych w stratosferę, lecz skupialiśmy się na omijaniu lisów (chociaż po cichu liczyliśmy na renifery). To wszystko przy początkowym obciążeniu samochodu bliskim dopuszczalnemu, które zmniejszało się wraz z ilością zjedzonych konserw i słoików.

2. Kosz wyprawowy Cruz Safari. Nie jest to niestety rasowy bagażnik wyprawowy, ale jego dużą zaletą jest modułowy charakter i możliwość zabrania ze sobą tylko połówki, co zresztą uczyniliśmy. Kolejną zaletą jest możliwość rozkręcenia go na części i łatwego przechowywania. Jakość wykonania jest bardzo dobra, raz skręcony woził dzielnie około 100 kg przez 2 tygodnie i nie wymagał żadnych interwencji. Miałem nadzieję, że uda się go zamontować bez pośrednictwa bagażnika bazowego (w katalogu i instrukcji była taka możliwość), ale niestety okazała się płonna. Zakupione moduły różniły się od tych pokazanych w katalogu (być może kwestia rocznika produkcji) i trzeba było najpierw zamontować bazę, a do niej kosz. Parę kilogramów ciężej i parę centymetrów wyżej. Wbrew pozorom ma to znaczenie – szczególnie centymetry, które dość wyraźnie przekładają się na ceny transportu samochodu promami. Do wad bagażnika zaliczyłbym dość szeroko rozmieszczone profile tworzące podłogę, co utrudnia załadunek drobniejszych przedmiotów. Skrzynia o podstawie 40×30 stała tylko na jednym profilu, czyli tak naprawdę wpadała pomiędzy. To samo działo się z namiotami i materacami. Odpowiednim ułożeniem dało się temu zaradzić, ale stabilniejsza podłoga ułatwiłaby nam załadunek.

3. Skrzynie transportowe po Niemcu. W zasadzie po Bundeswehrze, zakupione w sklepie tdm-electronics.com (cały czas nie reklama, a ułatwienie po przeszukaniu dziesiątek ofert). Zastanawiałem się pomiędzy skrzyniami aluminiowymi, a wykonanymi z tworzywa. Cena oraz wiele dostępnych rozmiarów przekonały mnie do hermetycznych skrzyń z włókna szklanego. Są nieco cięższe od aluminiowych, ale sprawują się świetnie. Nie przeciekają, można po nich skakać (pewnie nawet jeździć), dają się stabilnie układać jedne na drugich, a w konfiguracji duża (50x50x30) i mała (40x30x30) mogą służyć za stolik z krzesełkiem. Cały nasz prowiant zmieściliśmy do trzech małych, a 4 osoby spakowały się do dwóch dużych. Na przyszłość będziemy je oznaczali, bo kilka razy zdarzało się nam szukać czegoś po wszystkich skrzyniach, a ściąganie ich z dachu i wrzucanie z powrotem jest gimnastyką, której lepiej nie nadużywać.

4. Opony Yokohama Geolandar A/T G015. Po naszym wyjeździe na Korsykę nie było wyjścia, bo wyciskając z Pajero siódme poty na krętych asfaltach oraz gimnastykując je na skalistych bezdrożach skutecznie wykończyliśmy leciwe już Micheliny, które rozeszły się do kordu pomiędzy rowkami głębokiego jeszcze bieżnika. O samych oponach nie mogę jeszcze wiele napisać. Na asfalcie nie pozwalają na szaleństwa. Wysoki, miękki bieżnik poddaje się dość wyraźnie i stabilność jest wyraźnie niższa niż na poprzednich gumach. Za to szutry nie robią na nich zupełnie wrażenia, stabilność toru jazdy nie różni się w zasadzie niczym od jazdy po asfalcie. Trochę szkoda…

W pełnym rynsztunku w drodze na Wyspy Alandzkie.

Skoro już przygotowaliśmy samochód to wypadało przygotować trasę. Tak naprawdę trasa była przygotowana dużo wcześniej niż samochód, ale jej ostateczny przebieg pokrył się z planowanym w jakichś 30%. Pierwotny plan wyprawy zakładał wyjazd w piątkowy wieczór, śniadanie w sobotni poranek w Kownie, popołudniową wizytę w muzeum motoryzacji w Rydze, nocleg z Tallinie i w niedzielne przedpołudnie przeprawę promem do Helsinek… Taaak. Oczywiście zbyt piękny, by okazał się prawdziwy. Tym razem wszystko pokrzyżował w piątek o godzinie 17:00 zasilający przewód paliwowy. Miał 29 lat i pełne do tego prawo. Prawdę mówiąc nie mógł wybrać lepszego momentu, bo gdyby stało się to na Łotwie to pewnie wrócilibyśmy na lawecie. A tymczasem w Będzinie dzięki ludziom dobrej woli i naszemu skromnemu udziałowi przy montażu i demontażu ssaka, o godzinie 22:00 Pajero mogło znowu napić się benzyny.

Dobre samochody psują się w dobrych chwilach.

Dla nas oznaczało to jednak mniej więcej tyle, że my również mogliśmy się napić, bo nie mieliśmy już kompletnie siły na montaż bagażnika, pakowanie się i nockę za fajerą. W ten sposób pożegnaliśmy się ze śniadaniem w Kownie, muzeum w Rydze i noclegiem w Tallinie, a jak się okazało w niedzielę przed południem, niemal z promem do Helsinek. Godzinę sobotniego wyjazdu potraktowaliśmy bowiem nieco zbyt frywolnie i na ponad 1200-kilometrową trasę przyjęliśmy jedynie 90-minutowy margines błędu… z którego zostało 30 minut po przypomnieniu sobie o konieczności przestawienia godziny na polsko-litewskiej granicy. Co prawda wyścig z czasem prowadzący przez Litwę, Łotwę i Estonię załadowanym Pajero był sympatyczny, ale teraz z niepokojem zaglądamy do skrzynki pocztowej. Ostatecznie na prom odpływający o 12:00 wjechaliśmy o 11:45 notując 8-minutowe spóźnienie na przedpromowym PKC (czyli na odprawie w porcie, która kończyła się o 11:30).

Te schody na pokład promu prowadziły nas faktycznie do nieba.

Finlandia… i co dalej?

Dwie godziny rejsu przeznaczyliśmy głównie na radość z faktu, że udało nam się zdążyć. Rozluźnieniu sprzyjały 3 równolegle odbywające się na MS Finlandia występy na żywo oraz niemal śródziemnomorska pogoda. Zajrzeliśmy do „bezcłówki”, ale ceny nie wydały nam się zbyt atrakcyjne. Byliśmy zresztą zaopatrzeni w niewyobrażalnie wręcz ogromne (w naszym ówczesnym mniemaniu) zapasy domowych trunków mogących służyć 100 lat temu za paliwo. Pierwszy tydzień naszego pobytu na rajdowym polu campingowym zweryfikował później boleśnie nasze przekonania: ceny w „bezcłówce” okazały się jednak atrakcyjne, a nasze zapasy co najwyżej dostateczne. Póki co zjechaliśmy jednak na fiński ląd w jego stolicy i niespiesznie udaliśmy się na pobieżne zwiedzanie Helsinek. Przez 3 godziny trudno wyrobić sobie co prawda miarodajną opinię na temat charakteru miasta, ale całkiem nieźle da się poczuć jego atmosferę. A tej Helsinkom można pozazdrościć. Całkowity brak pośpiechu, mały ruch uliczny, nikła ilość turystów i wrażenie, że człowiek bardzo szybko staje się jedną z komórek miejskiego organizmu, nie zaś robaczkiem przez chwilę i ku miejskiemu niezadowoleniu na nim pasożytującym. Innymi słowy miejsce, do którego można się natychmiast przeprowadzać (ciekawe co na to odpowiedzieliby mieszkańcy Helsinek). Z rzeczy zaskakujących: bardzo podziemny parking skutecznie udający grotę, 1 gałka lodów składająca się z posklejanych ze sobą 8 gałek w cenie polskich 4 gałek (czyli podwójny dysonans poznawczy: pierwszy szok to cena pojedynczej gałki równa 4 Euro, a drugi to jej rozmiar i wynikająca z niego cena 0,50 Euro – nie wiem jak reszta ekipy, ale ja zawsze takie rzeczy liczę…) oraz wszędobylska motoryzacja klasyczna, np. pod postacią amerykańskiej wyścigówki, która sądząc po resztkach napisów na masce ścigała się po West Palm Beach… a którą tata z synem przyjechał zjeść lody na helsińskim nabrzeżu. Proszę się rozejść, tu nie ma nic do oglądania.

Nawet Finowie robili zdjęcia, a są przyzwyczajeni do motoryzacji klasycznej.

Po tych pierwszych fińskich impresjach ruszyliśmy w kierunku Jyvaskyla na pole campingowe znajdujące się w odległości 18 km na zachód od parku serwisowego i pośrodku mapy całego rajdu. Pierwotnie mieliśmy tam mieszkać tylko 4 dni, które jednak szybko przepoczwarzyły się w cały tydzień. Na usprawiedliwienie mamy tylko to, że naprawdę niełatwo jest biwakować przy odcinkach specjalnych w składzie czworo niespełna rozumu dorosłych oraz dwóch małoletnich wolnych elektronów zderzających się co rusz ze sobą, na dodatek w warunkach ponad 30-stopniowego upału (oczywiście w cieniu). Na polu campingowym mieliśmy za to do dyspozycji jezioro z pomostem, łódź z wiosłami, plac zabaw z trampoliną, kuchnię z lodówką, łazienkę z prysznicem oraz telefon z internetem. To w zasadzie wszystko czego można oczekiwać od pola campingowego, a w moim skromnym przypadku nawet od całych wakacji. Poza tym pobyt w takim miejscu wymusza przebywanie cały dzień na campingowym powietrzu (zamiast w hotelowym pokoju), co z kolei skutkuje poznawaniem campingowych gości (zamiast gnicia w hotelowej pościeli). Jednym z gości, który wywarł ogromny wpływ na kształt naszego wyjazdu, był norweski miłośnik Volkswagenów Transporterów, który swoim campingowym T4 Multivan zmierzał na coroczny, fiński zlot tego typu pojazdów. Nasz pierwotny, porajdowy plan odwiedzin przylądka Nordkapp skwitował norweskim prychnięciem, któremu blisko byłoby do naszej reakcji na jego zamiar odbycia konnej wycieczki do Morskiego Oka. I podobnie do naszej kontrpropozycji, która brzmiałaby „jedź lepiej w Bieszczady”, on zasugerował wizytę na Wyspach Alandzkich. Wstyd się przyznać, ale do tamtej chwili nie zdawaliśmy sobie sprawy z ich istnienia. Tam pojechaliśmy jednak po rajdzie, który powoli burzył nasze lenistwo rozciągnięte od 8 rano do 2 w nocy, przy czym „noc” to dość umowne określenie w chwili, gdy słońce zachodzi po 23, wstaje przed 3, a z gwiazd na niebie widać tylko… słońce.

Głucha noc w okolicach Jyvaskyla.

Życie okołorajdowe

Zaczęło się jeszcze przed rajdem, kiedy to Finlandia zredefiniowała nasze dotychczasowe doświadczenia z funkcjonowaniem rajdu w przestrzeni publicznej. Może poza Rajdem Barum, któremu atmosferycznie bardzo do Rajdu Finlandii. Żadne wciskanie serwisu na podmiejskie bazy, lotniska czy parkingi. Żadne szukanie biura po piwnicach i bocznych skrzydłach budynków. Jyvaskyla i Neste Rally Finland żyją ze sobą w symbiozie. Wszystko co jest związane z rajdem znajduje się w ścisłym centrum miasta, które na tym korzysta, bo towarzystwo rajdowe nader licznie okupuje każdy jego skrawek. Parkingi są zastawione kamperami, knajpy zapełnione kibicami, ulice rozbrzmiewają rajdówkami – ogólnie rzecz biorąc i używając najbardziej wyświechtanego określenia, jakie przychodzi mi do głowy: panuje atmosfera rajdowego święta. Fajne było to, że w parku serwisowym nie zapomniano o atrakcjach dla najmłodszych kibiców. Rzucanie krążkami do celu z możliwością wygrania rajdowych peleryn (wygraliśmy dwie), sprzęt hokejowy do sprawdzenia swoich umiejętności umieszczania krążka w bramce, tor kartingowy Flying Finn czy przygotowana wewnątrz cała strefa dla dzieciaków to spora pomoc dla rodziców, którym czasami trudno przekonać małych kibiców do prymatu rajdów nad nieco bardziej przyziemnymi atrakcjami. Nas najbardziej ucieszyło, że największą atrakcją było stanowisko Print Sportu z Łukaszem Pieniążkiem i Przemkiem Mazurem, których niestety nie udało nam się spotkać oraz odbudowa Citroena C3 R5, którego nieco zdekomponował Simone Tempestini. Powszechna świadomość popularności rajdu ma oczywiście również swoje złe strony: cena za rozbicie namiotu na polu campingowym w czasie rajdu wzrasta z 10 do 25 Euro. Zresztą same koszty związane z oglądaniem rajdu są wysokie, a na dodatek rozczłonkowane do granic możliwości. Karnet kosztuje 75 Euro i jest to karnet w sensie dosłownym. Żaden tam pakiet jak w Niemczech, gdzie do karnetu dostajemy dodatkowo program, mapy, naklejkę, parkingi i transport autobusem na Panzerplatte. Karnet to karnet. Program razem z mapą trzeba nabyć osobno – są dostępne w niemal każdym kiosku i sklepie (po fińsku „kioski” to sklep, więc kioski i sklepy to masło maślane) za 6,90 Euro. Naklejka to kolejne 10 Euro, chociaż takie niezbyt reprezentacyjne można dostać w parku serwisowym za darmo (a może to tylko my dostaliśmy je ze względu na dzieci). Parking przy odcinku specjalnym to jednorazowa opłata 5 Euro. Trochę to denerwujące, a trochę zrozumiałe. W Szwecji do karnetu dodają przynajmniej czapeczkę i program z mapami (sprawdziliśmy, bo być może będzie to nasza kolejna wyprawa). Pocieszające jest to, że karnety są faktycznie sprawdzane. Zbliżeniowo. Ciekawe kiedy pojawi się opcja zbliżeniowego karnetu ściąganego przez rajdową aplikację na telefon.

Niestety nie wiemy jak w praktyce wygląda oglądanie rajdu w opcji biwakowania przy odcinku. Jak już wspominałem, w upałach przekraczających 30 stopni z dwójką naszego narybka niezwykle dzielnie znoszącego rajdowe trudy nie zdecydowaliśmy się na namiotową partyzantkę. Dzięki temu poznaliśmy za to na campingu mocne ekipy z Niemiec (niemiecko-turecko-grecką) i Szwecji (profil Swedish Rally na YouTube), z którymi od razu znaleźliśmy wspólny język i spędziliśmy dość hałaśliwe wieczoro-poranki. Ekipa niemiecka to typowi rajdowi wariaci, którzy na rajd przyjechali na kołach nie korzystając z promu (czyli przez północ Szwecji), a Szwedzi to zorganizowani filmowcy wstający o 4 rano na odcinki i pracujący nad materiałem tuż po powrocie. W zasadzie to tylko jeden ze Szwedów był taki zorganizowany, drugi przejawiał ciągoty do naszego sposobu spędzania wieczorów, którym w końcu uległ. Taki nasz mały odwet za potop szwedzki, który nota bene objął też Prusy. Całą ekipę pozdrawiamy gorącym biljettautomat, który stał się hymnem jednego z wieczorów… możecie sobie wyobrazić. A teraz wymówcie to prozaiczne szwedzkie słowo oznaczające parkomat z rosyjskim akcentem i wyobraźcie sobie to wszystko jeszcze raz.

Wszystkie głośne narodowości dorzuciły swoją cegiełkę.

Rajd

Wszystko co widzieliście i słyszeliście na filmach to prawda. Jest szybko i bardzo szybko. Są setki hop. Są tysiące Estończyków. W strefach kibica jest ciasno, ale jest też poranna kawka i popołudniowe kiełbaski w umiarkowanych cenach. Szczególnie ciekawe (i smaczne) były dostępne w jednej ze stref hamburgery z jajecznicą, czymś w rodzaju szpecli z boczkiem i kolorowymi surówkami. Co prawda nic nie przebije naszych autorskich markizów szczecińskich (może lepiej nie będę wyjaśniał co to za przysmak), ale hamburger-śmietnik był wart degustacji. Zabezpieczenie na odcinkach specjalnych jest w zasadzie iluzoryczne, więc można wybrać sobie naprawdę dobre i bezpieczne miejsce do oglądania. Razem z dzieciakami znaleźliśmy miejsce w młodniku, na rozpędzaniu, kilkadziesiąt metrów za ciasnym lewym. Tuż przy trasie. To był pierwszy raz, kiedy chłopcy poczuli prawdziwe, intensywne rajdowe emocje, bo chowania się przez tumanami kurzu i szutru tuż po przejeździe wurca nie zastąpi żadna aplikacja, ani kilkadziesiąt godzin relacji na żywo. Piskom, krzykom i kibicowaniu wszystkim załogom, które jako machamy.pl mamy we krwi, nie było końca.

Kibicowanie takie, jakie lubimy najbardziej.

Najlepiej punktowały japońskie załogi w N-kowych Toyotach Vitz (czyli po naszemu Yarisach), które najwyraźniej świetnie się bawiły. I tutaj krótka piłka do FIA: chcecie popularyzować rajdy i motorsport to nie usadzajcie ludzi przed komputerami, ani w zatłoczonych strefach kibica kilkadziesiąt metrów od drogi. A tym bardziej nie fundujcie im elektryczności i robotów. Odkurzacze niewielu kojarzą się z dobrą zabawą.

Afterrally

Planując nasze wcześniejsze rajdowe eskapady zawsze rezerwowaliśmy na nie 9 dni, czyli 5 dni urlopu i 2 weekendy. Całkiem nieźle, ale z rajdów wracaliśmy dosłownie prosto do pracy. Beznadzieja. Wyjazd do Finlandii po raz pierwszy zaplanowaliśmy na 2 tygodnie i był to strzał w dziesiątkę. Pierwotnie po rajdzie mieliśmy odwiedzić północ, ale jak już pisałem, stało się inaczej. Skierowaliśmy się na południowy-zachód na archipelag ponad 6000 Wysp Alandzkich, między którymi kursuje kilkadziesiąt promów wożących głównie nas i jedną ciężarówkę, którą notorycznie spotykaliśmy. Całkowicie inny, wyspiarski świat.

Oto ona. Po tylu spotkaniach wypadało ją w końcu uwiecznić.

Zupełnym przypadkiem nasze obozowisko rozbiliśmy na podwórku byłej szkoły na jednej z mniejszych wysp i po dwóch dniach nie tylko znaliśmy większość jej mieszkańców z widzenia, ale straciliśmy zupełnie ochotę na wyjazd. Nie podzielimy się pinezką, ani nawet nazwą tej wyspy. Takie miejsca trzeba znaleźć samemu i zachować dla siebie. Jest w tym coś intymnego. Co ciekawe, spotkaliśmy tam mieszkańców innej z Wysp Alandzkich, którzy na „naszej” znaleźli się pierwszy raz. Wydawało się to początkowo nieco dziwne, ale z drugiej strony osobiście nie byłem nigdy w Szczecinie, ani nawet w województwie zachodniopomorskim. To chyba podobny paragraf? Tak czy inaczej, Wyspy Alandzkie, będące zdemilitaryzowaną, wysoce autonomiczną jednostką administracyjną Finlandii, na których znakomita większość ludzi mówi po szwedzku, polecamy z czystym sumieniem. Prawdopodobnie najlepszym sposobem na ich zwiedzanie jest podróżowanie na rowerze. Czas płynie wówczas zapewne jeszcze mniej spiesznie, a tydzień trwa miesiąc (nasz tydzień wydawał się trwać dwa, ale przemieszczaliśmy się samochodem). Koniecznie odwiedźcie siedzibę lokalnego browaru Stallhagen, serwują tam kilka gatunków wytwarzanego przez siebie piwa oraz wyśmienite jedzenie. Menu składa się co prawda tylko z 3 pozycji, ale wszystkie są przyrządzone w fenomenalny sposób. I zdobądźcie w bród jedną z 6757 wysp.

Powrót

Nad powrotami musimy jeszcze popracować. Nie uniknęliśmy dość wyczerpującej jazdy z Helsinek do Katowic, z jednym dłuższym przystankiem nad łotewskim wybrzeżem Bałtyku. Piaszczysta plaża znajduje się jakieś 50 metrów od głównej trasy północ-południe… i nie ma na niej ludzi. Coś niewyobrażalnego. Można było tam zatrzymać się na noc, ale po dwóch tygodniach w Finlandii chcieliśmy już być w domu. A teraz zastanawiamy się gdzie jechać na następny rajd. Coś nas ciągnie znowu na północ…

Przy takiej scenerii nie wraca się zbyt łatwo.

Garść informacji (nie)przydatnych

Innymi słowy post scriptum z informacjami, które przypomniały mi się w nieodpowiednim czasie i trudno było je wplatać w tekst. Głównie związanymi z kosztami naszego wyjazdu i kilkoma radami praktycznymi. Po pierwsze prom z Tallina do Helsinek i z powrotem. Nie rezerwujcie go poprzez zbiorcze wyszukiwarki. Bezpośrednia rezerwacja na Eckeröline (w języku fińskim, co samo w sobie stanowi nie lada wyzwanie) wiązała się z oszczędnością około 400 złotych. Co więcej, było więcej dostępnych terminów, a zmiana rezerwacji nie wiązała się z żadnymi kosztami. Po drugie ceny w Finlandii. Nie jest tak źle, jak niesie wieść. Oczywiście z wyjątkami. O ile jajka, mleko, masło i warzywa potrafią kosztować podobnie co w Polsce, to piwo i napoje gazowane są wręcz absurdalnie drogie. Półtora litra bąbelków to wydatek co najmniej 2 Euro. Najtańsza mała puszka kiepskiego piwa to wydatek 0,90 Euro, a duża puszka tego samego sikacza to już 1,90 Euro. Tak, bardziej opłaca się kupić 2 małe. Nie, wcale nie opłaca się jeszcze bardziej kupić ośmiopaku małych, bo cena jednostkowa w pakach jest wyższa. Na dodatek po 21:00 można się obejść już tylko smakiem. To pewnie jakieś specyficzne regulacje związanie z wychowaniem w trzeźwości. Na pewno nie trzeźwości ekonomicznej. Paliwo drogie. Najtaniej udało nam się zatankować litr benzyny za 1,49 Euro, ale przeważnie trzeba liczyć się z wydatkiem 1,59 Euro. W knajpach drogo. W ramach folkloru warto zajrzeć do lokalnego fast foodu, czyli do Hesburgera. Oczywiście hamburger po fińsku brzmi rajdowo, czyli hampurilainen. Go hampurilainen! Po trzecie, jeśli wybieralibyście się na Wyspy Alandzkie, to nie musicie wcześniej rezerwować promu. Jedziecie do Kustavi, stamtąd za pośrednictwem darmowego promu do Vuosnainen, gdzie w porcie Osnäs czekacie sobie na prom, który zawiezie Was na wyspę Brandö, do portu Åva. Wjeżdżając na prom w porcie Osnäs kupujecie jeden bilet, który pokazujecie później na każdym kolejnym promie pomiędzy wyspami. Cena biletu jest uzależniona od samochodu jakim podróżujecie, nie ma związku z ilością osób. Nasza stawka wynosiła 64 Euro, jak za samochód dostawczy, w dodatku w sezonie letnim. Osobówka kosztuje 17 Euro. Bilet jest bezterminowy pod warunkiem przebywania na wyspach. Gdy wracacie na stały ląd bilet jest przedzierany. Ceny wszystkiego na wyspach są oczywiście wyższe, ale warto próbować piw lokalnego browaru Stallhagen. W samym browarze wspomniany obiad kosztuje 12 Euro, a piwo z kija 7 Euro. Kawa, herbata i woda są zawarte w cenie posiłku. Piwa w browarnym sklepie kosztują 2 Euro. Jak mi się jeszcze coś przypomni to dopiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *