Bella Sardinia

Dookoła szaleje epidemia, a my sobie lecimy na Sardynię. Brzmi jak szczyt nieodpowiedzialności, zamach na krewnych i sabotowanie wzrostu produktu krajowego brutto. Lub jak bardzo dobry pomysł na spędzenie pierwszego tygodnia października, oczywiście w zależności od interlokutora. Dla nas była to niemalże kwestia higieny osobistej po 21 miesiącach spędzonych na planowaniu i tych planów odwoływaniu. Tylko w tym roku zaczęliśmy planować wyjazdy na Rally Islas Canarias (cóż za optymizm noworoczny), Rally Italia Sardegna (jeszcze w czerwcowym terminie), Rally Estonia (byliśmy już prawie spakowani), przemknął nam przez myśl Rallye Deutschland (który został odwołany szybciej niż tą myśl zwerbalizowaliśmy) oraz Ypres Rally (kiedy jeszcze był w kalendarzu na przełomie września i października). Nieźle, prawda? Niestety o ile planowanie jest przyjemne (choć czasochłonne), to patrzenie na legające w gruzach jego efekty jest zdecydowanie frustrujące. Z fal tej frustracji wyłoniła się Sardynia. W czwartek, 27. września, kupiliśmy bilety lotnicze i zarezerwowaliśmy nocleg. W niedzielę, 30. września, wylądowaliśmy w Cagliari.

Taka łatwość podejmowania spontanicznych decyzji wydaje się przeczyć konieczności planowania czegokolwiek z wyprzedzeniem, ale niestety nie jest to takie proste. Po pierwsze, nocleg znaleźliśmy pół roku wcześniej podczas planowania czerwcowego wyjazdu, więc w pandemicznym październiku miejsce to po prostu sobie na nas czekało. Po drugie, samoloty, czyli superroznosiciele zarazy spryskujący nas na dodatek chemikaliami, latają sobie w zasadzie puste i zapraszają na swoje pokłady za kwoty bliskie symbolicznym. Po trzecie, samochody w wypożyczalniach można wybudzić z pandemicznej drzemki taniej, niż przewieźć swój pojazd promem. Wreszcie po czwarte, rajd odbywał się bez kibiców, co brzmiało jak obietnica dobrych miejsc do oglądania bez konieczności przepychania się przez tłumy kibiców. Dzięki tym czterem czynnikom zamiast jechać Pajero, płynąć promem i zwiedzać terenowo, pojechaliśmy na lotnisko, polecieliśmy samolotem i zwiedzaliśmy Fiestą. Prawie wszystko się zgadza.

Był to pierwszy rajd, na który polecieliśmy samolotem. Na szczęście nie był to nasz pierwszy lot samolotem w ogóle (był trzeci), więc mieliśmy odrobinę doświadczenia i przezornie przygotowaliśmy zawczasu woreczki z elektroniką oraz kosmetykami i wrzuciliśmy je do jednego plecaka. Dodatkowo w kieszeniach mieliśmy tylko portfele i telefony, a na rękach i szyjach zgoła nic. Dzięki temu uniknęliśmy panicznej kontroli bagażowo-osobistej, chociaż nie obyło się bez testu najmłodszego z nas na materiały wybuchowe… ten typ tak już ma. Każde jego przejście przez bramki kończy się alarmem. Oczywiście jak przystało na podróżników za jeden uśmiech (lub machanie), spakowaliśmy się na tygodniową podróż do pięciu małych plecaków spełniających wymogi bagażu podręcznego w tanich liniach lotniczych. Jedynym czego nam naprawdę brakowało to lustrzanka. Kalkulatory robią coraz lepsze zdjęcia, ale całkowicie nie nadają się do robienia zdjęć rajdówkom. Dzięki kompaktowym rozmiarom bagażu nie musieliśmy się za to przejmować rozmiarem bagażnika wypożyczanego samochodu.

Co do samochodu to postanowiliśmy po włoskiej wyspie podróżować włoskim samochodem. Pięćsetka (czyli cinquecento, chociaż nie to, które kojarzymy u nas) jest czteroosobowa więc odpadła w przedbiegach. Pięćsetka X za droga i jakaś taka nadmuchana, a włoskie samochody popularne kojarzą się jednak z czymś małym. Prego, Fiat Panda! Byliśmy naprawdę podekscytowani perspektywą podróżowania włoszczyzną, niestety obsługująca nas donna w autonoleggio nie miała dla nas dobrych wiadomości… mi scusi, Ford Fiesta. Trochę zrzedły nam miny, ale przynajmniej mogliśmy się poczuć jak ekipy JWRC. Poza pokonanie przez tydzień niemal 2000 kilometrów przekonało nas do niej. Włączony tryb sport i wyłączona kontrola trakcji dostarczały, zgodnie z nazwą, naprawdę sporo zabawy. Panda prawdopodobnie jeździłaby również tak, jak się nazywa. Ospale i z tendencjami do turlania się. Kończąc sprawę samochodu mamy jedną poradę: przed zwrotem samochodu nie próbujcie tankować go w pobliżu lotniska. Tak się złożyło, że żadna ze stacji w jego okolicy nie przyjmowała płatności kartą, a bankomat w biurze wypożyczalni nie działał. Zmuszeni byliśmy do zwrotu samochodu z 3/4 baku i zapłaciliśmy za tą „przyjemność” 60 Euro. Mogliśmy to zrobić w centrum Cagliari.

Po załatwieniu formalności wyruszyliśmy w drogę. Ponieważ przylecieliśmy o 21:55 droga była pusta i ciemna, a krajobraz zgoła żaden, co od razu nasunęło nam skojarzenia z Austrią, przez którą przejeżdżaliśmy wielokrotnie, ale nigdy za dnia. Na szczęście urok Sardynii zweryfikowaliśmy już następnego poranka. Widok z tarasu na morze i linię brzegową utwierdził nas w przekonaniu, że porzucanie ojczyzny na początku października to zawsze dobry pomysł. Nie jest to może zbyt patriotyczne, ale cóż… jesienna słota nigdy nie wygra ze śródziemnomorskim słońcem. Doświadczyliśmy tego na Rally Catalunya wylegując się na plaży w Salou, a teraz zwiedzając zachodnie wybrzeże Sardynii.

Nie starczyło nam czasu na zwiedzenie całej wyspy, która jest jednak dość spora, ale odcinek między Alghero, a Santa Teresa Gallura poszedł nam całkiem sprawnie. Zaczęliśmy od rekonesansu okolic Badesi korzystając z wąskich dróg, które mogłyby zostać odcinkami specjalnymi, gdyby tylko komuś przyszedł do głowy pomysł zmiany nawierzchni rajdu. Wszystkie miejsca, w których postanowiliśmy wysiąść i poszwendać się po okolicy urzekły nas ciszą i pustką… oraz całą resztą. Cisza i pustka wydają się być czymś, co dostaliśmy w gratisie przyjeżdżając na Sardynię w październiku, szczególnie takim, jak tegoroczny. I coś, czego nie dałoby się kupić za żadne pieniądze jeszcze 2 miesiące temu. Stojąc w marinie słyszeliśmy tylko fale rozbijające się o falochron oraz liny uderzające w maszty zacumowanych jachtów. Bardzo przyjemnie. Żałowaliśmy jedynie tego, że nasza Fiesta nie miała napędu na 4 koła, 25 centymetrów prześwitu oraz porządnych opon all terrain, bo Sardynia wydaje się być bardzo przyjazna turystyce off-roadowej. Kolejnego dnia udaliśmy się na daleką północ, by spojrzeć z oddali na korsykańskie Bonifacio, z którego oglądaliśmy Sardynię 2,5 roku wcześniej. Oprócz tej formalności odwiedziliśmy niemal pustą plażę w Santa Teresa Gallura, która wygląda absurdalnie pocztówkowo (do czasu wizyty na plaży w Stintino) oraz wgramoliliśmy się klifami oraz w bród na całkowicie pustą Isola di Municca, wysepkę będącą czymś pomiędzy miejscem kultu, a obowiązkowym miejscem spotkań inicjacyjnych sardyńskiej młodzieży. Przynajmniej takie mieliśmy wrażenie… fajnie mieć wrażenie niepoparte wiedzą przewodniczą. Jeszcze fajniej zjeść lasagne i inne włoskie potrawy w jedynej czynnej knajpie w miasteczku. To doświadczenie całkowicie zmieniło nasze podejście do tego, jak powinna smakować włoska kuchnia. Trzeci nie determinowany harmonogramem rajdowym dzień na Sardynii miał nam upłynąć na rejsie na wyspę Asinara, która jest niezamieszkałym parkiem narodowym, a przy okazji byłym więzieniem i miejscem przetrzymywania etiopskiej pary królewskiej po bohaterskim podbiciu Etiopii przez dzielne wojska włoskie. Niestety prom mający nas tam zawieźć postanowił akurat tego dnia nigdzie nie płynąć, co w zasadzie po dwóch dniach na Sardynii przestało nas dziwić, więc udaliśmy się do Argentiery, która w czasach pobytu cesarza Hajle Syllasje I na Asinarze była wciąż nieźle prosperującą osadą zbudowaną dookoła kopalni srebra. Dzisiaj jest miastem widmo, które ktoś próbuje od czasu do czasu wskrzeszać, ale od jakichś 50 lat nic z tego nie wychodzi. Najbardziej rzucającym się w oczy przykładem jest zejście na plażę zbudowane z tysięcy metrów sześciennych betonu, z niemal całkowicie przerdzewiałymi barierkami. Niezwykle przygnębiający widok, który uzupełnia coś w rodzaju basenu na końcu czegoś przypominającego molo… fascynujące. Kupilibyśmy sobie tam jakiś domek. Swoją drogą, czy udawanie się w odludne miejsca, a w razie braku takiej możliwości zamienianie ich na miejsca wymarłe jest całkowicie normalne?

Tak czy inaczej, 3 dni zwiedzania opustoszałej okolicy przeleciały jak Tomaszczyk na spadaniu w Zamarskach i w czwartkowy poranek przyszło zmierzyć się z odcinkiem testowym. Jadąc na niego odczuwaliśmy mimo wszystko pewien niepokój, przecież zablokowanie dróg dojazdowych to nic trudnego. Organizatorom Rajdu Polski świetnie udawało się to robić i to bez żadnej pandemii. Na szczęście Włosi podeszli do sprawy pragmatycznie: ogłosili, że nie wolno, a ponieważ znają swoje podejście do nie wolno to wyznaczyli strefy, przygotowali parkingi i nie próbowali nawet udawać, że przecież nie wolno. Stojąc na testowym zastanawialiśmy się jak wyglądałoby to w Niemczech i szybko doszliśmy do wniosku, że brak tej elastyczności mentalnej w kraju nad Renem spowodował odwołanie rajdu:

– Helmut, keine kibitze, keine karnety.
– Angela, aber kibitze i tak kommen.
– Aber jak to? Bez karnety kommen?!

Tak było. W Polsce byłoby trochę inaczej, bo mentalnie bliżej nam do Włochów, ale jednocześnie chcielibyśmy być bardziej niemieccy od samych Niemców. A tak naprawdę wszystko rozbiłoby się o pieniądze.

Na Sardynii nic nie rozbiło się o pieniądze, atmosfera była fantastyczna, wszyscy uśmiechnięci, skorzy do rozmowy i wymieniania się doświadczeniami, uwagami i spostrzeżeniami. Gdy ktoś szedł ogniem, od razu było to komentowane „rapido”, „piu rapido” lub czymś równie jednoznacznym, do tego kciuk w górę i już została nawiązana rajdowa więź. Obecność naszych rajdowych „bambini” była oczywiście odrębnym wydarzeniem. Coś takiego jak bariera językowa nie istniała. Gdy machaliśmy przy pewnym nawrocie, towarzyszący nam kibice szybko podłapali co robimy i dlaczego cieszymy się, gdy ktoś odmacha. Przy kolejnym odmachującym kierowcy udzieliła im się nasza radość i w zasadzie razem z nami krzyczeli „2 punkty!”. Na żadnym innym rajdzie nie czuliśmy się tak swobodnie. Dodatkowym atutem był harmonogram, który wyglądał tak, jakby uwzględniał sjestę. Rano 4 odcinki bez serwisu (2 pętle po 2 odcinki), a po południu kolejne 2 odcinki w innym miejscu. Bez najmniejszego wysiłku można było zobaczyć 3 odcinki specjalne każdego dnia mając w międzyczasie parę godzin na zwiedzanie. To powinien być wzorzec z Sèvres dla harmonogramów rajdowych. Same odcinki ze względu na ukształtowanie terenu i brak wysokiej roślinności ogląda się bardzo dobrze (Sardynia została w przeszłości wykarczowana i obecnie jej roślinność to makia, czyli wiecznie zielone zarośla, okropnie kolczaste). Bez problemu można śledzić rajdówkę przez dłuższy czas, szczególnie zajmując miejsce na wzniesieniu. Takie miejsce mieliśmy oglądając pierwszy przejazd power stage. Gdy jedna załoga znikała za górą, kolejna właśnie na nią wjeżdżała. Dzieliły je 3 minuty. Coś takiego zdarzyło nam się tylko raz wcześniej: na szczycie winnicy w dolinie Mozeli.

15 kilometrów dzieli Sardynię i Korsykę, którą odwiedziliśmy w kwietniu 2017 roku. To co na mapie jest ledwie zauważalnym przesmykiem w rzeczywistości jest przepaścią pod każdym względem. Krajobraz jak to krajobraz, trudno znaleźć dwa takie same miejsca na świecie. Najbardziej zaskakujące jest to, że na Korsyce czuliśmy się często jak nieproszeni goście, a na Sardynii zaczęliśmy szukać słynnych nieruchomości za 1 Euro. To co na Korsyce było powodem do awantury (np. chęć zamówienia posiłku, przemieszczanie się po odcinku specjalnym, parkowanie, tankowanie… właściwie wszystko), na Sardynii nie stanowiło najmniejszego problemu. Mimo wszystko warto odwiedzić obydwie wyspy, choćby po to, żeby doświadczyć tej różnicy. Którą jako pierwszą? To już zależy czy jedzenie obiadu zaczynacie od kotleta czy od kartofli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *